Przesiąknięta jutrzejszym zapachem niewypalonych jeszcze papierosów tęsknię do Twoich dłoni. W powietrzu tęczową kredką rysujesz mi truskawki w czekoladzie i niedorzecznie obiecujesz śnieg. Czy czekamy na świt? Bezczynnie liczymy palcami pająki na niebie i śmiejemy się do spadających gwiazd. Śnimy na jawie nie wypowiadając marzeń na głos. One nigdy nie zostaną spełnione, nie skończą się i nie zaczną. Jesteś teraz moim niesłownym romantykiem, bezczelnym chłopcem pakujacym się do serca na biegu. Później odejdę, a Ty nie wrócisz. Ucieknę, a Ty się zgubisz. Nie mam Ci za złe.
W tym śnie czytam z Twoich ust i słowami niszczę koronki mrozu na szybach. Nie umiem obejść się bez czułych gestów, które utknęły między nami w przestrzeni. Zanudzasz mnie monologiem, niewyraźnym zlepkiem bełkotu. Posłuchaj ze mną swoich kłamstw, a ja w tym czasie zrobię Ci kawy. Po dłuższej chwili migania się od odpowiedzi czuję na wargach Twoje zęby. Może jesteśmy jednym ze skandali... Chcę Cię zabrać z okładki.
Chodź pokażę Ci deszcz na drugim końcu świata.
A może jutro potknę się na następnym od słońca zakręcie i z ust wypadnie mi Twoje imię. Czy zatrzymasz się w biegu na pociąg do innej?
Odpowiem, że u mnie po staremu.
Za szybą, w kącie oka tańczy różowa pajęczyna. Ramiona topi w kurzu uzbieranym w zakamarkach farby. Ubrana jest w rosę, która jaśnieje słońcem i oślepia twarz przędzarki. Ta cichutko potupuje czekając cirpliwie na pierwszy od kilku dni żywy obiad.
Kalendarium życia przysłowiowych ludzi bez wczoraj przewija się stronami przed rozjarzonym umysłem. Krótka kronika z jednym zdjęciem dziadka na tle białej zimy zeszłego roku. Kilka fotografii pełnych dni wyjętych na rzecz doświadczenia. Uśmiech z dozą nieśmiałości trwale podpięty pod oczy zmęczone zdziwieniem, z mieszkaniem wykupionym na własność, żadnych lokatorów i bez wynajmu. Nowoczesna obojętność na jutro pozbawiona jakichkolwiek planów czy innowacji. I czekanie... Tak, czekanie oddalone od interwencji, bez pomysłu.Bawimy się czasem nie zerkając za siebie. Wiemy, ile wiemy nauczeni niepamięcią.
Wnioski? Idę dalej.
Stoimy razem nad przepaścią mało wyraźnych słów. Tłumaczysz się z "win" plamiących jasne usta. Niszczysz obraz, który zbudowałeś w moich oczach, koloryzujesz mniemanie o Twojej wiernej idei. Budzisz mnie żalem, smutkiem, rozczarowaniem. Wytrącasz czarny osad z klarownej muzyki głosu. I powtarzasz tym dźwięcznym kochaniem swoje alibi dodając nowe gesty, barwy, uczucia, emocje, smaki... Ponownie leczysz sumienie. Pozwalasz mu krzyczeć, pozostajesz niezrozumiały, zagubiony z poczuciem przewinienia. Wyrzucasz z siebie puste zdania, skorupy zdarzeń, malowany kształt pozbawiony charakteru. Bez zastanowienia, kolejny już raz, wierzysz w niedosyt. Wczorajszym wspomnieniem tak blisko stoisz ognia i pominiętą myślą suniesz w jego stronę. Potokiem głosek w odrętwiałym monologu wracasz do konceptu, do zabawy, do nut, które nie mają dziś dla mnie znaczenia. Inferno!
Mówisz...
Nie słucham.
Twoje źrenice szerzą się głębią przesłaniając zieleń, język plącze się zakłopotaniem, dłonie kapią zmęczeniem. Szara atmosfera niepewności wędruje od bieli do czerni śmiejąc się w sobie. Twardym krokiem wita nas sytuacyjny bezsens zdrowej wskazówki zegara uprzykrzającej ten moment i zakłócającej Twoje serce. Lubię arytmię, lubię ten zamęt, bałagan i wciąż nieokreśloną następną minutę. Sam fakt jej egzystencji burzy nudę i podważa porządek logiki.
Multum sypiących się, pojedynczych sformułowań, bezpodmiotowych równoważników zdań, urwanych, bosych zająknień i cofanych, zagmatwanych bzdet dotyka teraz Twojego podniebienia. Udawane wiadomości pod postacią zaangażowania. Tik tak, tik tak, cyk, cyk, cyk.
Przestań...
Nie słucham.
Sine, zimne palce stykają się z moją dłonią opuszkami łaskocząc uśmiech. Pocałunek mylisz z utopią nieistniejących domów. Na co czekasz? Możesz wszystko.
Chodź. Zamknij oczy, zaufaj lekkomyślności.
Bądź. I tańcz. I śmiej się, płacz, kochaj. I życie nazywaj instynktem.
Czujesz? Moje serce kłóci się z Twoim wstydem, rozbiera Cię z tych najtrudniejszych spraw, obnaża nagi szkielet pozbawiony historii. Chowasz duszę w kieszeniach. Darujmy sobie kalendarium.
Pachnę Tobą..
Kochaj mnie żywym ogniem, niespełnionym buntem, nadludzką bezwzględnością. Przytulaj do ściany Twojego torsu szarpiąc dłońmi nadgarstki, krzycz tematem oduczuciowości rysując mi winę nad przesłodzonymi wargami. Zaangażowaniem i potłuczonym szkłem pytaj o codzienne "zależy mi, kurwa!". Umrzyj mnie z miłości do Ciebie.
Maluj ustami słowa na moich tęczówkach, dotykiem wmawiaj mi troskliwość i za dnia temu zaprzeczaj. Czule tańcz bezmiarem obecności i lecz zazdrością absencję. Uśmiechaj się do tęsknoty, bo ona ma odwagę odwiedzać Cię częściej niż Ty ją. I uparcie wypieraj się zmian, każdego "bardziej", każdego "mocniej". Pożądaj zawsze jak pożądasz teraz mojej nagości. Zmysłowym ruchem ciesz podniecenie i bądź. Bądź.
Dusi mnie strach, zbija do dna bezpieczeństwo niszcząc obawą uśmiech, dręczy upartym dotykiem, wwierca się w umysł obnażając absencję. Uciszam świadomością rozpędzone serce, przytulam powieką skuloną na źrenicy duszę, zlizuję smutek w jedno z zagłębień ust.
Brak. Brak czegoś. Boję się braku.
A tam gdzieś w ciemności wylewają się z nas rozkołysane zmysły, głośny śmiech, zmysłowe spojrzenia. Udają siny smak kłamstwa, by nadać tajemnicy delikatnym, urwanym oddechom. Noc. Dookoła noc.
Zimny wiatr przeczesuje nasze myśli, składa słowa niespójnych zdań, burzy poczucie wspólnego uczestnictwa w pogodzie asfaltu. Nie ma pośród nas grawitacji, nie ma granic dróg, których jeszcze nie zwiedziliśmy. Rodzi się szept, budzi się sen, niezręczne marzenie z nutką fascynacji w Twoich oczach.
Niepewność.
Biegnę więc, by zcałować z Ciebie lęk.
Wychudzona rzeczywistość pokazuje mi Twoje kontury na nowo. Na jawie wtłacza do wyliniałego umysłu pokaźną, manifestatyczną postawę śmierci, okupuje czynność każdego z mechanicznych zmysłów, miesza wprowadzając fatamorgany do schizofrenicznego świata pustych źrenic.
Kolejny raz pozwalam szarym powiekom zatrzymać Cię na dłużej i zamykam oczy izolując ponure wnętrze od sztucznego światła.
Szukam czegoś w kieszeniach, w pudełku po zapałkach, pod kluczami w nim schowanymi... Oddaję Ci czerwony, zakrwawiony, ciepły fragment mojego nieśmiałego ciała. Jest pełen przynależnościowego uczucia.
Tyle po Tobie zostało, jedna daremna fantazja stworzona słowami. Nigdy już nie odzyskam tego, co okalałam Twoją własnością. To pozostanie niczyje, bezimienne, zapomniane. Leży gdzieś pomiędzy ludzkimi duszami ukrytymi pod ziemią w drewnianym pudle obok sinych dłoni miłości, dotykając niemych ust szczerości, przy bladym ciele Twojej postaci. Krzyczę w tej wściekłej tęsknocie, płaczę rzucając w Ciebie wyrazem nienawiści, mdleję z rozpaczy zapalając kolejny różowy znicz w kościelnej ławie. Spłonę swoje z Tobą wspomnienia.
Jesteś tu ze mną pomiędzy czterema kamiennymi ścianami z milionem piwnicznych drzwi. Rozmawiamy o zapałkach, o ich kolorach, marzeniach i białych tabletkach. Mówię jak mi na imię. Powtarzam je kolejny raz, jednak teraz bezczelnie składa się ze wszystkich liter. Wierzysz... Odkrywam przed Tobą wszystkie jednostki dodając sproszkowanej muzyki dorosłości. Wplatamy ciche słowa krytyki, a ja wbijam sobie w serce czarne jagody, zachowując zimną krew stężoną z kłamstwem. Zamykam oczy, by zlekceważyć szczękościsk. Zasłużyłaś na szczerość, zasłużyłaś na miłość, zasłużyłaś na sklonowaną postać bezimienności. Mimo to, brnę dalej w tą pomazaną atmosferę, robiąc krótkie przystanki na neologizmy. Dopycham swoją fikcję do rzędów nudnych bajek.
Czy ta droga nie prowadzi pod górę? Męczy moje podrapane kości, nudzi swoją tajemnicą. Wycofuję się, chowając zrezygnowanie na widoku pod pretekstem Twojej przedmiotowości. Odchodzisz.